Na początku drogi – Historia upadłości

Forum Fora Historie upadłych – podziel się z innymi swoją historią Na początku drogi – Historia upadłości

Przeglądajasz 2 wpisy - od 1 do 2 (z 2)
  • Autor
    Wpisy
  • #13384
    Andi7
    Participant

    Na początku serdecznie chciałbym powitać wszystkich czytelników forum.

    Historia mojej upadłości ma początek w 2007 roku, kiedy to otrzymałem wspólnie z żoną prezent ślubny, za który przyszło nam płacić bardzo wysoką cenę. Człowiek był w tym czasie naiwny i łatwowierny. Liczył na dobroduszność bliskiej rodziny, przez którą został wystawiony do wiatru.
    Do rzeczy. W ramach prezentu ślubnego otrzymaliśmy prezent w postaci mieszkania od Taty mojej obecnej żony . Rewelacyjny start, własne 4 ściany, czego może pragnąć bardziej młode małżeństwo na dorobku. Wiedzieliśmy, że to mieszkanie jest zaniedbane. Ojciec posiadał jedynie lokatorskie prawo do lokalu. Nie używał go, gdyż układał sobie życie z inną kobietą daleko od oficjalnego miejsca zamieszkania. Wszystko wyglądało naprawdę pewnie, nie było nawet najmniejszego przebłysku niejasności.
    Tato w ramach ustnej umowy przeniósł przyszłe dobra na własną córkę, pozwolił na rozporządzanie mieniem jak własnym. Doprowadziliśmy do szybkiego wykupu mieszkania na własność na preferencyjnych zasadach proponowanych przez spółdzielnie mieszkaniową. Po wykupie zainwestowaliśmy także w remont lokalu. Część środków to były środki własne, w części posiłkowaliśmy się kredytem hipotecznym na remont nieruchomości (Ojciec występował w nim w roli dłużnika rzeczowego) , która potrzebowała gruntownej inwestycji. Mieszkanie było cały czas Ojca własnością, ze względu na 5-letni okres ochronny dla wykupowanych nieruchomości na preferencyjnych zasadach. Docelowo mieszkanie miało zostać przepisane na nas w 2012 roku umową darowizny. Taki był plan, w sumie taki sobie plan z tego wyszedł.
    Mieszkaliśmy sobie w nowym mieszkaniu, pracowaliśmy, realizowaliśmy nowe pasje. Ja zrezygnowałem z pracy na etacie, aby spróbować własnych sił w biznesie. w 2008 roku otworzyłem działalność gospodarczą. Pojawił się samochód, finansowany w kredycie. Wszystko wyglądało bardzo optymistycznie i nic nie zapowiadało nadchodzących ogromnych zmian. Zarabialiśmy z żoną naprawdę dobrze. Stać nas było na wakacje, wyjazdy, na bardziej dostanie życie.
    Przełomowym był 2011 rok. Od samego początku wszystko się dziwnie układało. A to okazało się, że związek Ojca z kobietą się rozpadł i Ociec wraca na „stare śmieci”. Potem powstała ogromna konkurencja w branży, w której to działałem. Usługodawcy zaczęli rywalizować o kontrakty ceną, tworząc na rynku totalną patologię. Pojawiały się także formy dyskredytacji przez nieuczciwą konkurencję, które także tchnęły i moją osobę. W pewnym momencie okazało się ze przez 4 miesiące nie zarobiłem ani jednej złotówki. W tym samym czasie żona przeżyła restrukturyzację firmy, która bardzo mocno zredukowała zasoby ludzkie. Wynik wiadomy – witamy na bezrobociu. Miasto rodzinne, w którym prowadziliśmy wspólne gospodarstwo domowe nie należało do dużych, poniżej 100 000 mieszkańców, bez przemysłu. Główną gałęzią gospodarki w regionie były handel i usługi. O pracę było trudno. Szanse na jej znalezienie to okres kilku miesięcy do roku. Zwróciliśmy się do Ojca, który to zamieszkał z nami z prośbą o pomoc. O to, że nim wdrożymy plan naprawczy, aby pomógł nam z płatnościami. Oczywiście środki które by wpłacił na poczet zobowiązań, byśmy mu w późniejszym czasie zwrócili.
    Teoretycznie nie było tragedii. Żona po dwóch miesiącach poszukiwań znalazła kolejną pracę. W moim przypadku znalazłem sobie niszę w przetargach, z których zacząłem wychodzić na prostą. Zrestrukturyzowałem część zobowiązań, rozliczyliśmy się z ojcem w kwocie 8000 PLN. Uff, no udało się, w końcu było blisko. Ja ten czas traktuję, jako drugie ostrzeżenie od losu, że trzeba było zmienić życiowe zasady. Bo to okazało się potem kompletnie podcięło nam skrzydła. Ja na działalności praktycznie pracowałem od świtu do nocy, żona jako przedstawiciel także znikała na całe dnie i de facto weekend był dniami, w którym przebywaliśmy w domu. Nie zauważaliśmy problemu, który trwał już dostatecznie długo, aby zrozumieć dlaczego związek Teścia się rozpadł. Tak, chodziło o alkohol. Za każdym razem kiedy byliśmy w domu nic nie budziło naszych wątpliwości. Ojciec prowadzał się poprawnie, wypijał sobie z nami piwko. A po kryjomu półlitrówki lały się hektolitrami. Co się okazało, to to że emerytura Teścia w całości była inwestowana w alkohol. Okazało się, że rat o które go prosiliśmy on wcale nie zapłacił. Pieniądze, które mu oddaliśmy z nawiązką także poszły na przelew. Wszystko ujrzało światło dzienne 28 grudnia 2011 roku, kiedy to na firmowych rachunkach bankowych pojawiła się egzekucja komornicza. W przeciągu jednego dnia wyparowało 40 000 z rachunku bankowego za wykonane usługi, które trafiły na rachunek dosłownie dzień wcześniej. Okazało się, że umowa o kredyt na nieruchomość została wypowiedziana. Całą wcześniejszą korespondencję, łącznie z listami poleconymi przejmował teść. Listonosz grzecznie mu wszystko pozostawiał. Po rozpoczęciu egzekucji komorniczych w domu wytworzył się jeden wielki horror. Ojciec pod wpływem zaczął się nam odgrażać, że to przez nas pójdzie na bruk. Na gorąco podejmowaliśmy rozmowy z bankiem, aby powstrzymać egzekucję. W ramach wykonania umowy ugody musieliśmy wpłacić kwotę 40 000 zabezpieczenia, którego i tak nie mieliśmy. Sytuacja zrobiła się patowa. Nie mieliśmy środków na bieżące życie. Ojciec dalej emeryturę inwestował w procenty. Moja działalność z dnia na dzień stała się nierentowna, gdyż każdy wpływ na rachunek szedł na poczet prowadzonej egzekucji. Żyliśmy z 1190 zł żony wynagrodzenia za pracę, a samych rat za mieszkanie i samochód mieliśmy na 2500 PLN. Kwestią czasu była wymagalność pozostałych wierzytelności. Popłynęliśmy na maksa z samochodem, czynszem do spółdzielni mieszkaniowej, opłatami za najem nieruchomości pod działalność gospodarczą, gaz i prąd oraz telefonię komórkową. W przeciągu pół roku walki o przetrwanie całkowity dług urósł do 500 000 PLN i stał się wymagalny. W rodzinnym mieście szanse na etatową pracę były niewielkie, także zmuszony byłem do rozszerzenia poszukiwać o większe miasta. Po dokładnie 9 miesiącach od feralnego dnia znalazłem zatrudnienie w większym mieście. Zarobki były całkiem nie najgorsze, także zdecydowałem się na pracę. W tygodniu miałem kąt do spania u przyjaciela z lat szkolnych, także koszt życia był minimalny, tyle co na żywność. Weekendy spędzałem w domu. Ojcu od alkoholu palma odbiła na dobre. Stracił poczucie rzeczywistości, zaliczał maratony po 20 dni na gigancie. Najgorsze jest to, że dostawał majaków alkoholowych. Dwukrotnie targnął się na moją osobę z nożem, tak zupełnie bez powodu. Własną córkę w nocy chciał udusić poduszką. Zmieniło się także podejście tatowe do ślubnego prezentu, gdzie oficjalnie stwierdził wycofanie się z wcześniej zawartej ustnie umowy. Kazał nam wszystko wyprostować, a potem wypie…lać, gdyż jest to jego mieszkanie. Policja była w domu także częstym gościem. Były imprezy pijackie, które odbywały się pod naszą nieobecność. Były awantury, kiedy wracaliśmy do domu. Ogólnie Teść robił wszystko aby pozbyć się nas, gdyż przeszkadzaliśmy mu w piciu i imprezowaniu. Żona często zostawała pod moją nieobecność u znajomych na noc, bo po tych zajściach bała się powrotu sama do domu.
    Z końcem 2012 roku wyprowadziliśmy się z domu. Nie było sensu dalej tam mieszkać. Cała sytuacja materialna nas przerosła, a o zniszczonej psychice nie ma nawet co wspominać. Ojciec wyglądał na szczęśliwego w chwili naszej wyprowadzki. Po tygodniu doszło do niego, że rozegrał to nie po swojej myśli. I fakt, że został sam z zajętym wynagrodzeniem i widmem eksmisji z mieszkania nie napawał go optymizmem. My także łatwo nie mieliśmy. Nowe otoczenie, konieczność znalezienia sobie mieszkania (w grę wchodził wynajem), szukanie pracy. Było ciężko, ale już bez psychicznego obciążenia ze strony ojca alkoholika. Perspektywa zarobków na przyszłość zerowa powyżej najniższego wynagrodzenia, chyba że w szarej strefie. Raczej taki system nie wchodził w grę. W pracy nie było łatwo, pracodawcy wiedząc o problemach finansowych nie ułatwiali nam życia. Zasadniczo mogli się posuwać dalej w wykorzystywaniu pracownika, można powiedzieć że byłem pracownikiem gorszego sortu, słabiej wynagradzanym, z większą ilością obowiązków. W moim przypadku, pracując dla pewnej hurtowni doszło do absurdu pracy praktycznie 24 godziny na dobę. Wszystko ze strachu o utratę pracy, na którą nie mogłem sobie pozwolić. Także pozwalałem sobie na coraz to większe wykorzystywanie, coraz większy mobbing. Za to stabilność pracy pozwalała nam powalczyć z wierzycielami, zawrzeć kilka ugód, nawet uzyskaliśmy konsensus w sprawie mieszkania Teścia (dopiero w 2015 roku).
    Jak wiadomo los bywa przewrotny i nigdy nie wiadomo co jeszcze się może wydarzyć. W 2016 roku złamałem nogę. Takie zwykłe złamanie szyjki kości udowej. W sumie nic wielkiego. Operacja, kilka śrub w biodrze i kilka miesięcy zwolnienia lekarskiego. W moim przypadku te kilka miesięcy przeszło na 2 lata i 3 operacje. Skończyło się endoprotezą, brakiem pracy (umowa rozwiązana w trakcie leczenia), koniecznością przekwalifikowania się i uzdrowieniem przez ZUS w połowie leczenia. Znowu historia zakończyła pełne koło. To co wywalczyliśmy i wyprostowaliśmy przez miesiące negocjacji i rozmów z wierzycielami legło ponownie w gruzach. Szansa dla nas pozostała jedna, ogłosić upadłość. Zaczęliśmy w maju 2018 roku. Z pomocą kancelarii prawnej zgromadziliśmy niezbędne dokumenty, umotywowaliśmy wniosek i po kilku miesiącach oczekiwania, w listopadzie 2018 mieliśmy pierwszą rozprawę. Niestety na ogłoszenie upadłości przyszło nam trochę poczekać, gdyż na etapie rozpoznania pojawiły się dodatkowo sprawy sądowe z przeszłości. Dla przykładu wierzyciel u którego posiadaliśmy kredyt samochodowy, powiadomił prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przywłaszczenia mienia. Finał początku upadłości zapadł dopiero w dniu dzisiejszym, kiedy po 3 odraczanych rozprawach, w końcu została ogłoszona nasza upadłość konsumencka i w końcu jest szansa na zakończenie tej vendetty losu.

    #13562
    pas1973
    Participant

    12 lat koszmaru. Jeszcze syndyk i plan spłaty, dobijecie do 15. Współczuję. Tylko ludzie, którzy coś takiego przeszli, wiedzą, że upadłość to nie fanaberia czy ucieczka od odpowiedzialności a jedyne rozwiązanie, by móc w ogóle żyć. Ale teraz już najgorsze za wami. Minie syndyk, to już (pomijając PSW) każda zarobiona złotówka będzie na plus.

Przeglądajasz 2 wpisy - od 1 do 2 (z 2)
  • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.